Na czym opiera się program?

Uważasz to za ciekawe i wartościowe

Każdy program ma swoje założenia, także program przygotowania dzieci do Pierwszej Komunii. Czasem są to założenia świadome, czasem ukryte. Od tych założeń (ich prawdziwości czy błędów) zależy wszystko.

Nie wystarczy wytrwale i szybko biec, trzeba jeszcze biec we właściwą stronę.

Założenia mają wszyscy – księża i katecheci. Takie założenia mają i rodzice.

Warto je zbadać, uświadomić je sobie. A potem, jeśli trzeba, korygować.

Najpierw kwestia odpowiedzialności. Kto jest odpowiedzialny za przygotowanie do Pierwszej Komunii? Częstym założeniem (i księży, i rodziców) jest to, że odpowiedzialnymi są księża i katecheci. To oni mają „wziąć” dziecko i dokonać pewnej obróbki – dostarczyć wiedzy, zbudować jakieś postawy, wykształcić umiejętności i sprawności. To księża i katecheci są „fachowcami”, są przygotowani i kompetentni. Rodzice, to dalszy ciąg założenia, mają jedynie wspierać i dopingować dziecko, by ten proces obróbki był płynny. Mają motywować dziecko, by się uczyło, „zaliczało pytania i modlitwy”. Można się z nim uczyć i przepytywać, ale to ksiądz i katecheta jest instancją najważniejszą. To oni zadają, sprawdzają, kwalifikują. Jak przy przygotowaniu dziecka nie będzie bezpośredniej obecności księdza i katechety to wszystko się zawali.

Jest to założenie błędne. Odpowiedzialnymi za przygotowanie dzieci do Pierwszej Komunii są rodzice. Z jednej strony trzeba to powtarzać przez około 50-70 lat, z drugiej zaś strony trzeba rzeczywiście rodzicom dać tę odpowiedzialność za przygotowanie swojego dziecka. A może raczej oddać, przywrócić. Rodzice muszą to odczuć, konkretnie doświadczyć. To musi być realna a nie deklaratywna odpowiedzialność.

Rodzice wiele słyszą o swojej odpowiedzialności, obowiązkach, dawaniu świadectwa, ale praktycznie Kościół (w osobach duszpasterzy i katechetów) zabiera im dzieci. Oddajmy dzieci rodzicom.

Teraz kwestia autorytetu. Błędne założenie księdza i katechety polega na przekonaniu, że z tej racji, że są księżmi i mają misję kanoniczną, mają tym samym autorytet. Otóż nie mają, albo mają jego okruszyny. Nie mają autorytetu u rodziców i nie mają u dzieci. Kiedyś było inaczej – co ksiądz powiedział to było święte, z tym się nie dyskutowało. Taką postawę mieli dorośli, taką postawę przejmowały dzieci. Dzisiaj nie ma nic za darmo, nie ma się niczego na starcie. Na autorytet trzeba sobie zasłużyć, trzeba go sobie wywalczyć.

Jednakże, ile byśmy tego autorytetu nie wywalczyli, to jeśli chodzi o dzieci, to największym autorytetem i tak będą rodzice. Tu działa chyba jakaś biologia bliskości, bo patrząc z boku na rodziny niewydolne wychowawczo, zaniedbane, czasami z jakąś patologią, odkrywa się w nich często jakąś niezrozumiałą niekiedy więź dzieci z rodzicami. Widać to czasami w sytuacjach, gdy w rodzinę wkracza jakaś władza, zabierając na przykład dzieci do pogotowia opiekuńczego.

Tu mamy autorytet „z natury”. Można go oczywiście zniszczyć, ale nie jest to proste, zawsze ojciec i matka wygrywać będzie z księdzem i katechetą. I trzeba o tym pamiętać.

Może najlepszy tu się okaże przykład. Jeśli ojciec i matka zgodnie pokazują dziecku wartość udziału w niedzielnej Mszy Świętej i ma to wartość powiedzmy „100”, to taki sam przekaz księdza i katechety będzie miał wartość… „10”? „5”? W każdym razie niewielki. Z drugiej strony jeśli ksiądz i katecheta przekazuje dziecku przed Pierwszą Komunią wartości niedzielnej Mszy Świętej a przekaz rodziców jest przeciwny to wartość tego co przekazuje ksiądz i katecheta zbliża się do zera. Postawa rodziców skutecznie „unieważnia” przekaz Kościoła. Dziecko może odczuwać sympatię do swoich katechetów, może dobrze wiedzieć, co powiedzieć, „żeby proboszcz się ucieszył”, ale widzenie świata przez dziecko, praktyka jego życia, w największej mierze oparta jest o rodziców.

Z wiekiem to się będzie oczywiście zmieniać, dziecko budować będzie swoją autonomię, korzystać z innych propozycji, ale kiedy ma się lat 9 czy 10 to alfą i omegą są jednak rodzice.

Z tego założenia budować trzeba praktykę polegającą na tym, że nawet drobne, minimalne rzeczy, z religijnego kontekstu, w które wprowadzają dziecko rodzice mają niesłychaną wartość. Jest to niebywały mnożnik. Porównajmy moc oddziaływania katechezy o modlitwie i modlitwy w klasie z modlitwą rodzinną, do której klęka ojciec i matka ze swoim dzieckiem.

Zadaniem parafii, w ramach której dziecko przygotowuje się do Komunii, będzie uczenie, prowokowanie, zachęcanie rodziców, by z dzieckiem wchodzili w ten religijny kontekst. Nawet minimalnie, troszeczkę, płytko, ale będzie miało to swoją wartość.

Kolejną rzeczą jest docenienie wolności. Tylko to, co robione jest w wolności, ma wartość. Bóg chce mieć synów a nie niewolników. Zapominamy o tym w Kościele wprowadzając za dużo administracji, kartek, podpisów, pieczątek, systemów nadzoru i wymuszania pewnych zachowań.

Jednak to co wymuszone nigdy nie będzie utrwalone. Można, zaprowadzając terror i „uszczelniając system” zmusić rodziców do chodzenia na katechezy nawet raz w tygodniu i zorganizować taki system monitoringu, że nikt nie odważy się opuścić niedzielnej Mszy Świętej i wyciągnie na nią nawet dziecko w gorączce. Co jednak będzie „PO” Komunii? Odłoży się z ulgą ten ciężar i zacznie się „normalne” życie.

Jak wytłumaczy sobie rodzic swoje praktyki w roku przygotowań? „Jak mus to mus.”

Mądrość duszpasterza jest takie dawkowanie oczekiwań, by rodzic spełniając je nie mógł tego spełniania wytłumaczyć sobie presją duszpasterza. Jakoś jednak to sobie musi wytłumaczyć. Więc może… „mój udział we Mszy Świętej ma jakiś sens sam w sobie?” „ciekawie jest w tym kościele a dziecko na tym korzysta?” „przyszedłem, bo chciałem?”

Oczywiście w wielu przypadkach przegramy. I trzeba z tym żyć. Pamiętajmy jednak, że biorąc ludzi na smycz i zakładając im kaganiec ZAWSZE przegramy, w każdym przypadku.

Na jednym ze spotkań z księżmi, dotyczyło akurat bierzmowania, mówiłem o wolności. Jeden z księży rzucił wtedy: „nie przesadzajmy z tą wolnością”. Otóż nie można przesadzić z wolnością. Za rękę prowadzić to można małe dziecko. Potem trzeba tę rękę puścić. Nawet jeśli puszczony pójdzie „w szkodę”. Pan Bóg nie trzymał za rękę Adama, my też nie możemy trzymać naszych wiernych.

Kolejne założenie to myślenie życzeniowe, że wiedza religijna w jakiś (chyba magia) sposób zamieni się w wiarę. Diecezja Płocka przed wielu laty przeżyła katechetyczną przygodę polegającą na tym, że decyzją ks. bpa Stanisława Wielgusa zaczęto czytać, kilka minut przed rozpoczęciem Mszy Świętej, krótkie katechezy. Zasadą organizacyjną tych katechez był Katechizm Kościoła Katolickiego. Poszczególne katechezy przygotowywali wybrani księża, siostry zakonne i świeccy. Powodem wprowadzenie tego zwyczaju (trwało to kilka lat) był niski poziom wiedzy religijnej. Przygotowane katechezy nie były złe, jednak, jak się wydaje, niczego nie zmieniły ani w poziomie wiedzy, ani w religijnych postawach. A jeśli już, to rezultatem takich katechez, była większa świadomość tego w co się NIE wierzy. Wiedza religijna jest rzeczywiście słaba, ale to nie wiedza prowadzi do wiary, ale wiara do pogłębienia wiedzy. Jeden z księży użył kiedyś trafnego porównania, że nasze wysiłki katechetyczne (nauczanie religijne) podobne jest do malowania kredową farbą olejnej lamperii. To się po prostu nie trzyma, to MUSI spłynąć. I spływa.

Kolejne założenie można określić mianem „im więcej, tym lepiej”. Jego rezultatem jest mnożenie ponad potrzebę spotkań, prób, nabożeństw. Jednak ilość nie przechodzi w jakość. Organizuje się spotkania, „bo tak trzeba” a nie dla jakiego konkretnego celu. Skutkuje to często bylejakością, która deprymuje i odstrasza. Trzeba mniej, za to z najlepszą jakością. Najczęściej programem przygotowania jest decyzja: zróbmy co miesiąc jakieś spotkanie i coś tam im powiemy. Niektóre rzeczy kompletnie mijają się z sensem. W pewnej parafii w ciągu roku było kilkanaście prób śpiewu a na uroczystości… zaśpiewał chór parafialny.

Od mówienia wiary nie przybywa, od głoszenia owszem. Jeśli mamy obudzić wiarę trzeba nie tyle pouczać co głosić kerygmat.

Czy głoszenie kerygmatu wystarczy?

Nie wystarczy. Najczęściej odbije się jak piłka od ściany.

Co zatem robić? Urobić grunt. Skuteczność głoszenia kerygmatu a potem skuteczność katechezy zależy od tego, czy istnieje jakaś wspólnota, więź między głoszącym, katechizującym a adresatem tego oddziaływania. Czasem tej więzi, wspólnoty, może nie być wcale, wtedy porzućmy marzenia o jakiejkolwiek skuteczności. Z drugiej strony raczej nie będzie sytuacji idealnej wspólnoty. Najczęściej będzie coś pomiędzy.

Myśląc o wspólnocie widzimy często jej ideał „w Duchu Świętym”. Dobrze jest mieć taki horyzont na względzie, ale zaczynamy od prostych rzeczy.

Co może budować wspólnotę?

Wspólnotę buduje spotkanie. Jeśli z rodzicami dziecka i samym dzieckiem spotka się ksiądz, to ma szansę na budowanie wspólnoty. Oczywiście mówimy o szansie. Gdy ksiądz okaże się bufonem to szansy nie wykorzysta, przeciwnie szanse przekreśli. Dlatego w takim spotkaniu trzeba okazać prawdziwe zainteresowanie, troskę, życzliwość. Trzeba umieć coś pochwalić, zachęcić, docenić. Trzeba słuchać. Trzeba się uśmiechać. Dobrze jest dać jakiś prezent, poczęstować czymś. Trzeba samemu się odsłonić, by ktoś odsłonił się w podobnym stopniu.

Wspólnotę buduje wspólne jedzenie. W sumie to forma spotkania. Dlaczego kursy alfa mają taką skuteczność. Bo powstaje tam wspólnota stołu. Dobra kolacja jednoczy ludzi, z wrogiem jedzenie nie smakuje. Kiełbaski z ogniska też jednoczą ludzi, zwłaszcza, że wcześniej wędzimy się przy wspólnym ogniu.

Wspólnotę budują kompetencje. Jeśli zrobisz ciekawą konferencję, pełną dobrej treści, z dobrym przekazem, bez zarozumiałości i poczucia wyższości, to ludzie dadzą ci autorytet, To uznanie autorytetu będzie łączyło. Przy okazji – dziadostwo niszczy autorytet. Jeśli ma się „pitolić” na spotkaniu to lepiej go nie robić.

Wspólnotę buduje wspólne doświadczenie. Jeśli odnajdziesz coś, co jest wspólnym, nawet banalnym, doświadczeniem (Ksiądz też łowi ryby?) dajesz sobie szansę. Jeśli uda ci się zaaranżować wspólne doświadczenie to masz… wspólników. A to jest szansa. Nie zawsze mamy możliwość wspólnego doświadczenia rekolekcji zamkniętych. Może jednak jest szansa na niższa półkę? Jakby się udało namówić ojców dzieci komunijnych na… paintballa, to ich relacje z tobą na pewno uległyby ociepleniu. Oczywiście nie można na tym skończyć.

Wspólnotę buduje humor. Tu jednak trzeba być autentycznym i… mieć talent.

Jest jeszcze coś na czym chce bazować nowy program przygotowania dzieci do pierwszej  komunii. Jest coś co łączy wszystkich rodziców, niezależnie od ich wiary, zaangażowania, religijnych praktyk. Jednoczy ich wszystkich miłość do dzieci. Czasem będzie ona wykoślawiona, źle okazywana, ale… będzie. Mam poczucie, że można na tym wiele zbudować. Posłużyć jest ta miłością jak lewarem.

Nie wiem do końca jak, ale… jeśli pokażesz rodzicom i przekonasz ich do tego, że Jezus i prawdy Ewangelii są autentycznie dobre dla dziecka i pokażesz perspektywę, że tylko oni, tak naprawdę, to dobro mogą dziecku przekazać… to znajdziesz klucz.

Szukajmy razem.

Wdzięczny będę za komentowanie tego tekstu, dyskusję i udostępnianie.

 

 

Uważasz to za ciekawe i wartościowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *